tu jesteś:  Strona główna
Warsztaty "Letnia przygoda z psem" Lgiń 2010


W sezonie 2009 odbył się jeden obóz szkoleniowy w Pile, który próbował tematycznie zawrzeć w sobie wszystko –dogoterapię, pracę wodą, pociągową, węchową oraz wiele atrakcji dla ludzi. Jednak po zakończeniu tego szkolenia rozpoczęły się dyskusję nad tym, co z wakacjami 2010. I zapadła decyzja – robimy dwa szkolenia tematyczne – dogo oraz wodny i to o tym pierwszym chciałabym Wam napisać.

 

Tak więc zapadła decyzja – nasze szkolenie będzie podobozem obozu Harcerskiej Organizacji Patriotyczno-Wychowawczej CICHOCIEMNI. Miejsce? Lgiń, Jezioro Duże.

 

I tak oto 1 lipca dzieciaki odjechały autokarem z Brzegu Dolnego, a my zaraz za nimi – Janeckie i Dzidoki, aby rozbić obóz przed przybyciem uczestników. Po przyjechaniu na miejsce zobaczyliśmy całkowicie urządzonych już Cichociemnych oraz obóz pełen dzieci. A my? Dostaliśmy teren odgrodzony taśmą ostrzegawczą i zabraliśmy się do zamieniania go w miejsce, które przez następne prawie 2 tygodnie miało być domem i miejscem odpoczynku dla 17. osób i 13. psów.

I tak oto po dwóch dniach ciężkiej pracy, nasz mały obóz zaczął stawać się przytulny.

Początkowo stanęły namioty (rozkładane nie bez większych problemów ;) ), następnie stawały się zamieszkiwane, przed nimi stawały klatki, a na sznurku zawisły pianki i kamizelki.

Na środku stanął tor do agillity, a w kuchni pojawił się czajnik, suszarka, zegar, kubki, menażki i router – tak, tak, mieliśmy nawet Internet!

Pod naszą małą zieloną furtką skonstruowaną przez Prezesa ciągle stały dzieci wypatrujące psów i czekające na wspólne spędzanie z nimi czasu.

I tak oto w sobotę nastąpiło oficjalne rozpoczęcie obozu – dzieciaki poznały psy i ich przewodników, a każdy zastęp wylosował psa, z których miał współpracować do końca obozu.

Rozpoczęliśmy życie obozowe! Pobudka 7.45 głosem komendanta NA OBOZIE OGŁASZAM POBUDKĘ! WSTAJĄ NA GIMNASTYKĘ PORANNĄ! A chwilę potem z głośników leciał zestaw piosenek puszczany przez Fiłe śpiącego na skrzynce Amorka.

Potem dzieciaki budzone przez psy wychodziły z namiotów na gimnastykę. Chwilę później szły do zielonych umywalek umyć zęby, tylko po to, by usłyszeć PRZYGOTOWANIE DO ŚNIADANIA, CZAS10 min!

Po śniadaniu sprawdzanie porządku w namiotach – w tym laby okazały się bezkonkurencyjne, a potem poranny apel: plan dnia, może jakieś baranki lub stonki?

Podobóz psi zawsze psuł frekwencję! DRUHU KOMENDANCIE MELDUJĘ STAN OBOZU NIEPEŁNY! BACZNOŚĆ. SPOCZNIJ. W TYŁ DO NAMIOTÓW ROZEJŚĆ SIĘ. SPOCZNIJ!

Dzieciaki maszerowały z kadrą na swoje zajęcia, natomiast ekipa psia zmierzała z pontonem w stronę wody. 14.30 obiad – POBŁOGOSŁAW PANIE Z WYSOKIEGO NIEBA, HEJ! ABY NA TYM STOLE NIE ZABRAKŁO CHLEBA, HEJ! ABY NA TYM STOLE NIE ZABRAKŁO CHLEBA!...

 

A po obiedzie wyczekiwany przez dzieci punkt dnia – zajęcia z psami! Był tor przeszkód, były wyścigi w jedzeniu (czy oni naprawdę wierzyli, że wygrają z labami?!), był kliker, a w czasie deszczu zajęcia o psach pracujących. Pewnego wieczoru zrobiliśmy nawet krótki pokaz pracy wodnej, a któregoś ranka Linux pokazał jak lata za frisbee.

Wieczorem kolacja, raz na jakiś czas prysznic, apel. Potem w zależności od nastrojów – ognisko, dyskoteka, węchówka, nocny alarm, posiadówa pod kolorowym dachem.

A po pożegnaniu i iskierce przyjaźni? NA OBOZIE OGŁASZAM CISZĘ NOCNĄ! ŚPIĄ! A z głośników puszczone przez niemniej niż rano zaspanego Fiłe, TO JUŻ JEST KONIEC Elektrycznych Gitar.

Noc w namiotach, noc w pałatkach, nocny alarm i marsz z wodą w menażce lub poszukiwanie spadochroniarzy, nocne warty i pozorowanie psom w lesie.

I zapomniałabym ! Przez cały dzień słyszane BO PÓJDZIESZ DO MECHANIKA! CISZA W NAMIOCIE, BO BĘDZIE SPACER NA RONDO!

 

Był pokaz mody, a nawet dwie części. Stasiu zaskoczył nas wszystkich, kiedy nie mówiąc nic nikomu wyszedł przebrany! I jak dla mnie i myślę, że zdecydowanej większości także, był najlepszy!

 

Były Neptunalia, Neptun Staś i jego żona Tomek przywiezieni przez Topielicę mnie i Majkę, otoczeni diabłami dzieciakami.

 

A jedną z największych atrakcji było wystawienie telebimu i wspólne oglądanie finału Mundialu. Nie obeszło się bez emocji przy chipsach i Pepsi dostarczonej przez Druha Komendanta.

 

Mogłabym pisać w nieskończoność o tym obozie, ale myślę, że każdy kto był i przeżył sam, wie co najbardziej zapadło mu w pamięć, dlatego oto parę wypowiedzi uczestników, napisane już po powrocie do domu, ale ze świeżymi wrażeniami i emocjami:

 

Już od początku obozu świetnie zgrany team włosko-psi pokazał swoje nastawienie do obozowych wymagań: po co się tak męczyć skoro efekt ostateczny, czyli spanie w namiocie można osiągnąć w dużo prostszy sposób. Z tego też powodu wykonanie danego zadania poprzedzała wnikliwa analiza opłacalności przeprowadzana przez poszczególnych członków wyżej wspomnianej grupy. Efekt czasami paradoksalnie przechodził moje najśmielsze oczekiwania, jak wtedy, gdy Jadźka w swym uporze trwała w pozycji zostań ignorując większość zachęt Niki do zabawy. Gdyby tylko wiedziała, że celem tego ćwiczenia jest właśnie takie zachowanie! Cóż, takie niespodzianki należały do rzadkości. Dużo częściej pojawiało się pytanie – czemu oni już poszli? Przecież nie zdążyłam w zależności od sytuacji założyć stroju, wziąć menażki, przebrać się na bieg patrolowy… Najbardziej bezsensownym wydarzeniem w opinii zgranej grupy był oczywiście apel. Jadźka go przesypiała, Gaia miała mnóstwo rzeczy do zrobienia w pozycji na baczność a Giulia przyglądała się z bezpiecznej odległości niebezpiecznym barankom czy stonkom. Jedyna mobilizacja grupy następowała w bezpośrednim kontakcie z wodą: Jadźka na wszelkie próby odpłynięcia z nią od brzegu wykazywała niezwykłą jak na nią pomysłowość, tudzież całkiem jej charakterystyczny upór, by zawrócić na bezpieczne wody. Gaia nie dawała się odpędzić od zmywaka (chyba następne wakacje zorganizuję jej przy zmywaku w Anglii, niech dziecię zarobi na obozy), Giulia godzinami mogła siedzieć i patrzeć na całą resztę psów PRACUJĄCYCH w wodzie. Po tygodniu powyższych doświadczeń mogę wyciągnąć wniosek, że jedynym wspólnym zajęciem, które dałoby wszystkim maksimum przyjemności byłoby siedzenie w pontonie – ekipa miałaby frajdę, bo nawet Jadźka nie lubi z niego wychodzić, a ja w końcu miałabym okazję COŚ zrobić bez zmuszania któregoś z członków teamu.

Julita & Jadzia

 

 

W dniach 3-10 lipca roku pańskiego 2010 Fundacja Psi Ratownicy stała się „cichociemnym podobozem”. Niekoniecznie cisi, ale na pewno „ciemni” w wielu obozowych rytuałach, ulegliśmy wszechobecnej presji i szeroko zakrojonej manipulacji, która wydaje się mieć swoje źródło w przyczepie komendanta obozu. W wyniku tego braliśmy udział w pogańskim obrzędzie zwanym pospolicie „Neptunalia”. Ten niepozorny rytuał boleśnie wyrył się w świadomości niczego nie podejrzewającej i niewinnej męskiej części podobozu. Odzierające z resztek godności polecenie przebierania się za mitycznego władcę mórz oraz jego żonę!!! nie pozostanie bez wpływu na kruchy konstrukt psychiczny uczestników tego dramatu. Ponadto cytując lubuską kolorową poczytną prasę w lesie niedaleko Lginia bliżej nie określony imperialistyczny wróg Narodu zrzucił stonkę. Na szczęście w pobliżu rozbili swój obóz harcerze, którzy w czynie społecznym unicestwili tego groźnego owada.

Tomek i Ania & Yato, Lusia i Carmel

 

 

Żądna wiedzy i nowych przygód korzystałam do woli z proponowanych zajęć podczas obozu "Letnia przygoda z psem". Zarówno praca wodna jak i węchowa z psem pozwoliła mi odkryć nowe, nieznane mi do tej pory możliwości zacieśniania więzi z psem, aktywnego spędzania czasu, no i sprawdzenia siebie w roli przewodnika Aida-cho. Do całej wyprawy przygotowałam się w miarę należycie:) Sprzęcior do pracy, mnóstwo dobrego humoru i luzu, suczydełko Aidacho plus ekipa "ludzi pozytywnie nakręconych na psy" – wszystko to razem wzięte BEZCENNE. Niestety wszystko, co dobre szybko się kończy, jednak pocieszająca jest myśl – spotkamy się znowu za rok :) a może i wcześniej.

Asia & Aida-cho

 

 

No przyszedł 2010 rok... jedno spotkanie, drugie, weekend, praca lodowa, szkolenie... jednak wszyscy dobrze wiemy, że i tak czekamy na letnie obozy... No i jest! LATO! Co w tym roku? Nasza grupa, jako podobóz obozu harcerskiego „CICHOCIEMNYCH”?

Przyjeżdżamy w sam środek lasu, obok wojskowych namiotów rozbijamy nowe nabytki fundacji – namiociki, rozwijamy siatkę i sznurki na pranie, a w kuchni polowej zawisa nawet zegar. W miarę zapełniania się obozu oraz pojawiania się większej ilości psów z różnych części Polski, powoli zaczynamy się czuć jak... w domu.

Po paru dniach wszyscy nauczyli się godzin regularnych posiłków, jednak przez cały czas trwania obozu słychać było DRUHU KOMENDANCIE MELDUJĘ STAN OBOZU NIEPEŁNY.

Poranne spacery z saperką, mycie głowy w zimnej wodzie, posiedzenia pod kolorowym daszkiem, budowa totemu z misiem na smyczy, nocna węchówka oraz z każdym dniem rosnący poziom złośliwości na podobozie psim stworzył jedyny, niepowtarzalny i niedający się opisać klimat.

Powiem Wam tak – myję zęby przy Europe i nadal czekam na NA OBOZIE OGŁASZAM POBUDKĘ, WSTAJĄ NA GIMNASTYKĘ PORANNĄ!

A kto zarządzi mi ciszę nocną i puści „TO JUŻ JEST KONIEC”, a za gadanie wyśle mnie do mechanika?!

 

„...przy innym ogniu w inną noc do zobaczenia znów.”

 

P.S. Zapomniałabym... po raz pierwszy na drugim końcu smyczy zagościło coś innego niż niuf! Jak TO dogonię i wyrównamy tempo pracy i życia, a ja przestawię się z trybu ALDO na tryb SPEED, to dam Wam znać.

Nika & Speed

 

 

Piękny upalny bardzo wczesny poranek. Jedziemy wraz z Asią i naszymi futrzastymi ku przygodzie. Dojeżdżamy tylko dzięki bardzo fachowej mapce zrobionej przez przezornych Psich. Nie wiem jak Asia, ale ja byłam bardzo zestresowana myślą, czy moje psy sobie poradzą w grupie tak licznych psów. Po 2 dniach dałam za wygraną i odpuściłam sobie stres za siebie i psy. Na szczęście zwierzaki ponownie okazały się znacznie bardziej opanowane i odporne na świrowania pańci. Świetnie się przystosowały od samego początku. Zabraliśmy się do pracy z Linuxem :) Węchówka, woda i zajęcia z dziećmi – tutaj na szczęście miałam duże wsparcie Sabci :). Do tego sporadycznie mini-agility i treningi frisbee. Linux odkrył swoje nowe powołanie i został wodnikiem-szuwarkiem. Najchętniej by wciąż kogoś lub coś wyławiał z wody. Również poszukiwania zaginionych pozorantów dostarczały samych pozytywnych emocji. Saba z kolei urządzała sobie wycieczki z naszego ogrodzonego podobozu do obozu właściwego, pełnego dzieci, w celach miziania, głaskania i przytulania. Atmosfera fantastyczna, ludzie przeuroczy, organizacja świetna... kiedy wyjeżdżałyśmy, a wyjeżdżałyśmy jako ostatnie, łezka się w oku zakręciła. Tak pusto tam było bez psiego podobozu... i dzieci stały się już "nasze". I nikt nie przypuszczał, że kilka dni później "leśnego dziadka" wszyscy będą czule wspominać :) Mój pierwszy psi obóz... tylko żałuję, że tak Was poznałam i nie zaczęłam jeździć wiele lat wcześniej...Tyle zmarnowanych lat.

Może zabrzmi to banalnie, ale jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, mając przy sobie takich przyjaciół, jakimi są moje psy. Wciąż mnie zaskakują, wciąż udowadniają, że "pies też człowiek" i wiele rozumie. Oba obozy, na których miałam przyjemność pojechać z nimi, na nowo zbudowały świat naszych relacji, ogromnie go powiększając. Uświadomiłam sobie, że kocham ich bezgranicznie, że ufam im i wierzę w nasz team. Saba rozbraja wszystkich swoim nosem pchającym się każdemu pod ręce do głaskania. I choć nigdy nie będzie typem sportowca ani pływaka, to jest niezastąpionym psem na zimne wieczory czy ponury nastrój. Linux zjednuje sobie ludzi swoim "zróbmy coś", "rzuć mi" i przy tym stosuje "śmierć przez zalizanie". W ciągu tych kilku tygodni nauczył się tak wiele, wykonał takie zadania, że sama otwierałam oczy ze zdumienia. Mogę powiedzieć, że jestem bardzo "bogatym" człowiekiem mając Sabcię i Linuxa. To oni sprawiają, że jestem tym, kim jestem. Razem zdobędziemy każdy szczyt.

Ania & Saba & Linux

 

 

Dzieci się dzielą na czyste i szczęśliwe! I dlatego w Lginiu było mi tak dobrze (uczucie świeżości po umyciu się trwało bardzo krótko). Mimo wszystko nie tylko brud spowodował, że należałam do tej drugiej grupy. Możliwość pomagania przy alarmach nocnych, warta nocna z psem, a po niej wskakiwanie zastępom do namiotów i budzenie ich (z czworonogami wylizującymi twarze i chodzącymi po kanadyjkach), a to wszystko z codzienną dawką muzyki... Hej miśki... Wyginam śmiało ciało... Było cudownie! A to co tu napisałam to tylko drobna część tego, co mogłabym jeszcze wyliczać... Dziękuję!

Maja & Smuggler
 


Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie zdjęć bez zgody autora zabronione.
« powrót


wydrukuj dokument   wyślij znajomemu   ilość wyświetleń 2627

1999-2018 © MATinternet Zakopane & Psi Ratownicy :: Powered by AntCms